top of page
  • notojade

Czas na Afrykę


Jak każdy kto lubi się włóczyć na rowerze, czytałem z wypiekami na twarzy książkę Kazimierza Nowaka "Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd". I cały czas miałem pewność, że kiedyś też pojadę tam na wyprawę.

Tym razem spróbuję "ugryźć" Afrykę od północy. Na poczatku stycznia kupuję bilet lotniczy z Wrocławia do Malagi w Hiszpanii, żeby stamtąd już na rowerze, pojechać w kierunku cieśniny Gibraltarskiej.

Tradycyjnie opłata za przewóz roweru jest wyższa niż cena mojego biletu. Ale nie narzekam, bo za całość płacę 500 złotych😎

Do Afryki jadę na tym samym Specialized Diverge, którym przejechałem przez USA. Rower przeszedł po tamtej podróży gruntowny serwis we wrocławskiej firmie Immotion. Mam nowy napęd i hamulce. Ponieważ opony Schwalbe Marathon są w bardzo dobrym stanie, to nawet ich nie zmieniam.

Nieco modyfikacji wymaga jednak mój ekwipunek, ponieważ po raz pierwszy muszę zabrać namiot. Jak wiecie, nie sypiam pod gołym niebem, ale tym razem szykują się takie odcinki, gdzie nie będę miał innego wyjścia. Ostatecznie zabieram tylko mały namiocik że zintegrowanym tropikiem i śpiwór, ale rezygnuję z materaca na rzecz ultralekkiej podkładki aluminiowej. Może będzie twardo, ale to prawie kilo mniej bagażu. Cały zestaw biwakowy upycham w torbie pod kierownicą i ... dzięki temu mam zdecydowanie mnie miejsca na resztę wyposażenia.


Kolejny problem to woda, a właściwie jej brak na niektórych odcinkach. Będę musiał wozić spore zapasy. Ostatecznie przygotowuję 3 kosze na bidon w ramie, worek Camelbak w torbie pod ramą, jeden bidon przy kierownicy i butelkę z filtrem na tylnej sakwie. Razem mogę zabrać ze sobą ponad 6 litrów wody.

Pozostają jeszcze kwestie medyczne. Muszę się zaszczepić na żółtą febrę. Nie jest tanio, ale pocieszam się, że ta szczepionka jest na całe życie. Lekarz medycyny podróży przepisuje mi także Malaron, lek który muszę zacząć zażywać dwa dni przed wjazdem w strefę zagrożenia malarią.

Moja przygoda zaczyna się 1 lutego nad ranem. Pobudka o 3, potem lot z Wrocławia do Malagi, składanie roweru na lotnisku i jazda wybrzeżem do Estepony.


Hiszpania zaskakuje mnie chłodem. Rano 6 stopni, w południe 13 i to mimo bezchmurnego nieba. Ale nagrodą jest malownicza trasa. Trochę górami i trochę wzdłuż wybrzeża. O zachodzie słońca dojeżdżam do hotelu przy plaży w Esteponie.

To był mój jedyny nocleg w Hiszpanii, bo następnego dnia jadę do Tarify, żeby popłynąć do Maroka.

Drugi dzień mojej wyprawy zaczynam o wschodzie słońca, bo chcę zdążyć na popołudniowy prom do Afryki. Gdy wyjeżdżam z Estepony jest tak zimno, że ubieram się na cebulkę w najcieplejsze ciuchy.

Najpierw robię 50 kilometrów do Gibraltaru, który zrobił na mnie duże wrażenie. Taki kawałek UK na południu Hiszpanii. Tylko auta mają niezbyt brytyjskie, bo kierownica po naszej stronie.

Na końcu Gibraltaru odwiedzam wzruszający pomnik ku czci generała Władysława Sikorskiego, który zginął tu w katastrofie lotniczej w 1943 roku.


Gibraltar jest pięknie położony na skalistym skrawku lądu i naprawdę polecam to miejsce przy okazji pobytu w Andaluzji.

Tu ważna informacja: Gibraltar to część Wielkiej Brytanii i żeby tam wjechać trzeba mieć paszport.

W południe ruszam z powrotem do Hiszpanii. Czeka mnie przeprawa przez góry, którą kończy szaleńczy zjazd do Tarify, gdzie wsiadam na prom do Afryki. Bilet kosztuje 38 euro, hiszpańska odprawa w porcie trwa kilka sekund i można wjeżdżać na pokład. Na promie jeszcze marokańska kontrola paszportowa i płyniemy!

W Tangerze wszystkie samochody są dokładnie przeszukiwane przez celników, ale mnie pytają tylko czy mam drona. Kiedy zaprzeczam, każą jechać😎


Tanger jest niesamowity. Tłoczno, głośno, szaleni kierowcy, no i tanio. Szybko kupuję kartę sim z 20 GB internetu, wymieniam pieniądze i jestem gotowy na jazdę przez Maroko.

Śpię na prywatnej kwaterze w samym centrum Tangeru, a na kolację idę do knajpy w porcie. No i ta pierwsza kolacja w Afryce była naprawdę pyszna😍


Następnego dnia nie zrywam się już tak wcześnie, bo wiem, że ranki są zimne i nie warto marznąć o wschodzie słońca.


Ruszam z Tangeru na południe i mam pierwsze spostrzeżenia. Przede wszystkim, ludzie są tu bardzo sympatyczni, ale bez znajomości francuskiego mogę sobie najwyżej porozmawiać na migi.

Po drugie, na drogach panuje straszny chaos, wszyscy jeżdżą jak chcą i trzeba mieć oczy dookoła głowy.

I po trzecie, naprawdę smacznie tu karmią.

Za Tangerem wreszcie było cieplej, temperatura skoczyła w południe do 20 stopni😎

Nocleg mam w małym pensjonacie gdzieś nad Atlantykiem, na jakimś kompletnym odludziu. Jestem jedynym gościem i ponieważ domagam się obiadu, gospodarz ściąga panią kucharkę, która szykuje mi pyszny obiad. Ta fanaberią kosztuje mnie 9 euro, ale było warto!

W sobotę zaplanowałem dotrzeć do stolicy czyli do Rabatu. Ale zaczęło się od tego, że mój gospodarz zaspał i zamiast zrobić śniadanie na 8, wpadł koło 9 lekko nieprzytomny i zamknął się w kuchni. Za to śniadanie jakie wyczarował w 20 minut było powalające. Jeszcze o ósmej rano byłem zły, ale dwie godziny później, szczęśliwy i obżarty jak bąk, ledwo wsiadłem na rower.

Potem dostałem krótką lekcję marokańskich dróg. Te główne są doskonałe, gładkie z szerokimi poboczami. Wystarczy jednak zjechać na drogi lokalne i zaczyna się zabawa. Asfalt potrafi zniknąć bez ostrzeżenia na kilkadziesiąt metrów. Często nie ma pobocza i droga kończy się  ostrą krawędzią.

Ale hitem dnia okazały się progi zwalniające we wsiach, które były ewidentnie samoróbką przygotowaną przez mieszkańców. Są krótkie, wysokie i nie ma żadnego znaku ostrzegawczego. Na jednym z takich progów poleciałem w górę jak Małysz, aż przy lądowaniu wypadł mi bidon😮

No i stolica do której dojechałem późnym popołudniem. Najpierw skromne przedmieścia i bazary jak z filmów przygodowych. Ale zaraz potem nowoczesne centrum, piękne budowle i tereny nad rzeką, których może Rabatowi pozazdrościć niejedna europejska metropolia🤔

Ten dzień sporo mnie nauczył. Rano robiłem sobie żarty i cykałem zdjęcia wozu ciągniętego przez osiołka, a chwilę później po torach obok przemknął jak pocisk nowiutki TGV. Te pociągi jeżdżą z Tangeru do Casablanki 320 kilometrów na godzinę! Z kolei w Rabacie, zaraz po wyjściu ze średniowiecznej Medyny, natknąłem się na najnowszy tramwaj Alstomu.

No naprawdę lubię te marokańskie kontrasty😎

I jeszcze mój nocleg w Rabacie. Śpię w Medynie czyli na starówce, w naprawdę starym i klimatycznym riadzie. Kiedy wieczorem kładę się do łóżka i słyszę śpiew muezina, wiem że jestem na wspaniałej wyprawie i robię właśnie to o czym marzyłem.


Comentarios


bottom of page