• notojade

Droga przez mękę do Phnom Penh

To miał być szybki etap i łatwa  jazda. Tego dnia nie potrzebowałem nawet nawigacji. Plan był  prosty: wyjeżdżam z mojego hotelu na główną drogę nr 4 i po 150 kilometrach jestem w centrum stolicy Kambodży. 



Rzeczywistość boleśnie zweryfikowała moje plany. Droga - jedna z głównych arterii komunikacyjnych Kambodży - jest wąska i nie ma twardego pobocza. Ruch jest ogromny, a kierowcy nie respektują żadnych znanych mi przepisów. Najgorzej jest kiedy wyprzedzają się auta, które jadą z naprzeciwka. Kierowca, który wyprzedza jedzie prosto na mnie i mijamy się dosłownie na centymetry. Po pierwszej takiej akcji myślałem, że  mam pecha i trafił się wariat. Niestety! Oni tutaj tak jeżdżą. Przez następne kilka godzin bawimy się w grę "uda się czy nie". Na szczęście się udało i jakieś 40 kilometrów przed stolicą droga się poszerza. To nie znaczy, że robi się komfortowo - po prostu wreszcie jest gdzie uciekać przed szalonymi kierowcami.



Drugi mankament tego odcinka to ogromny kurz i smog. Pyłu jest tyle,  że jadę w buffie na twarzy, co zresztą niewiele pomaga. Rower jest cały w rdzawym pyle. 



Po drodze tradycyjnie już robię postoje na śniadanie i kokosy. Tym razem rozpoczynam kulinarny dzień od wołowiny na ostro z ryżem  :)



Wjazd do Phnom Penh jest dosyć chaotyczny, ale wystarczy się trzymać głównej drogi i jesteśmy w centrum. 

Korki są spore, ale jeździ się o niebo łatwiej niż po Bangkoku. 



Do hotelu trafiam bez problemu i już szykuję się na dzień przerwy: w planie zwiedzanie stolicy. Przy okazji oddaję do pralni moje rowerowe ciuchy. Po tygodniu wyglądają tragicznie  ;)

Teraz spanie bo nazajutrz pozwiedzam sobie Phnom Penh.




Kolejny dzień w stu procentach bez roweru, po raz pierwszy od przyjazdu do Azji. Ponieważ mieszkam w samym centrum nad rzeką, pomiędzy Pałacem Królewskim i Muzeum Narodowym, zwiedzanie jest naprawdę komfortowe. Zanim wejdę do pałacu muszę tylko szybko skoczyć na bazar i za 3 dolary kupuję długie spodnie. W takich miejscach obowiązuje odpowiedni strój. Luźne szarawary w słonie są ok  ;)




Kompleks pałacowy robi spore wrażenie i na pewno warto to zobaczyć podczas pobytu, tym bardziej, że  w cenie biletu (10$) mamy też wejście do Srebrnej Pagody Wat Preah Keo. 



Nie mogę sobie też darować zdobycia najwyższego szczytu w stolicy o wysokości 23 metrow :) Na górze jest świątynia Wat Phnom. To też miejsce, od którego podobno wzięła się nazwa miasta. 



Wszystkie punkty zwiedzam na piechotę albo tuk tukiem. Po drodze oczywiście kolejne testowanie lokalnej kuchni i owoców. Jest tanio i smacznie :)



Podczas pobytu w Phnom Penh nie sposób nie zetknąć się z bolesną przeszłością i śladami reżimu Czerwonych Kmerów. Odwiedzam Muzem Ludobójstwa Toul Sleng. Czerwoni Kmerzy urządzili to więzienie i centrum przesłuchań w budynku szkoły średniej, w samym centrum miasta. Robi na mnie naprawdę przygnębiające wrażenie. Sale szkolne zamienione na cele, narzędzia tortur, wstrząsające zdjęcia ofiar i relacje.



Będąc w Phnom Penh trzeba zobaczyć też takie miejsca, żeby zrozumieć z jakiego punktu startował ten kraj 40 lat temu, po upadku krwawego reżimu. 

To tyle na dzisiaj. Jeżeli tylko obsługa hotelu odnajdzie moje pranie, to jutro wczesnym rankiem wyruszam w kierunku Wietnamu.