• notojade

Na asfalt i bezdroża czyli sprzęt na wyprawę do Azji

Do Azji biorę zupełnie nowy rower :) Tym razem skorzystałem z rekomendacji Maćka Bodnara i będzie to karbonowy SPECIALIZED RUBAIX – mocna i szybka maszyna, którą odebrałem kilka tygodni temu od Pawła Ignaszewskiego w sklepie IMMOTION, czyli u wrocławskiego przedstawicielem firmy Specialized. Sprzęt jest naprawdę piękny i robi wrażenie!



Rower wymyślony specjalnie na legendarny wyścig Paris-Rubaix łączy wyścigową geometrię i ogromną wytrzymałość. No i komfort, bo ma udogodnienie, z którym nie spotkałem się w żadnym z moich dotychczasowych rowerów szosowych i przełajowych: amortyzację siodełka i kierownicy.


Amortyzacja kierownicy naprawdę działa :)

To coś między sztycą a siodełkiem ma zwiększyć komfort. Sprawdzimy


Całość na pełnej grupie Shimano Ultegra z hydraulicznymi hamulcami tarczowymi. Na fabryczne koła DT Swiss R470 zakładam pancerne opony Schwalbe Marathon ze specjalną wkładką antyprzebiciową. Opony może trochę ciężkie (mimo że biorę niezbyt szerokie w rozmiarze 28-622) ale warunki też mogą być miejscami dosyć trudne ;)


Marathon ma dodatkową 3-milimetrową warstwę antyprzebiciową

Kolejna nowość to lusterko. Do tej pory nie korzystałem z tego udogodnienia – ale tyle się nasłuchałem o chaotycznej jeździe kierowców w Azji, że zakładam i już!

Ponieważ pierwsza część podróży – czyli Tajlandia, to jazda w ruchu lewostronnym, a Kambodża i Wietnam to już ruch prawostronny – zaopatrzyłem się w lusterko Blackburn z łatwym systemem mocowania na rzep. Mam nadzieję, że się sprawdzi z lewej i prawej strony ;)




Pozostałe elementy wyposażenia wypróbowane na poprzednich wyprawach. Przede wszystkim bikepackingowa sakwa podsiodłowa Blackburn Outpost z hermetycznym workiem. Okazała się absolutnie niezawodna podczas wszystkich dotychczasowych wyjazdów. Pod ramę po raz kolejny powędruje Blackburn Outpost Frame z możliwością powiększania, a do sakwy – tak jak w Izraelu – camelbak na wodę. Na górze ramy – zaraz za mostkiem – malutka torebka na elektronikę i dokumenty Rosewheel.

Nawigacja w Azji to spore wyzwanie więc będzie trochę nowości. Przede wszystkim rezygnuję z Garmina. Zamiast niego zabieram mojego Samsunga. Telefon jako nawigacja spisuje się naprawdę bardzo dobrze, pod warunkiem korzystania z porządnej aplikacji i podłączenia dodatkowego zasilania. Na szczęście mam powerbank, który utrzymuje telefon w trybie nawigacji przez cały dzień. Do tej pory korzystałem z map Google i bardzo przyjaznej apki Mapy.cz. Ta ostatnia bardzo ładnie poprowadziła mnie w lipcu z Wrocławia przez Wiedeń i Bratysławę do Budapesztu :)



W Azji chcę nawigować aplikacją Komoot. Jest dedykowana rowerzystom, pozwala na precyzyjne planowanie trasy, działa offline, do dyspozycji jest sporo przydatnych informacji: profil wysokościowy, rodzaje dróg po jakich pojedziemy a nawet rodzaj nawierzchni. Testowałem ją trochę w Polsce i mam nadzieję, że będzie ok. Sam telefon mocuję do mostka systemem QuadLock.

Sportową aktywność będę rejestrował moim sprawdzonym Suunto Ambit 3 Peak Black. Służy mi ponad 3 lata i cenię go za to, że jest zdecydowanie mniej chimeryczny niż Garminy, których używałem wcześniej.

Po izraelskiej pustynnej traumie zabieram też po dwie solidne lampy przednie i tylne. Już nigdy nie pojadę po ciemku bez światła!


Ciuchy jeszcze bardziej minimalistycznie niż w Izraelu: buty kolarskie, kask, okulary, po dwie pary spodenek i koszulek kolarskich, dwie pary skarpet, białe cieniutkie rękawki żeby mi nie spaliło rąk, para rękawiczek, cienki buff i (zupełnie na wszelki wypadek) letnia bluza z długim rękawem. Do tego zestaw cywilny: kąpielówki, koszulka z krótkim rękawkiem, krótkie spodenki, czapka z daszkiem, slipy i sandały. To wszystko :)


Na koniec powinien być opis apteczki, ale zrobię z tego oddzielny post, ponieważ cały czas negocjuję z moim przyjacielem lekarzem-kolarzem co wziąć na taki egzotyczny wyjazd. Piotrek! Czekam na listę :)