• notojade

Przez granicę wietnamską do Sajgonu

Ostatni nocleg w Kambodży zaliczony. Jest sobotni poranek i wstaję szybko bo wiem, że  dzisiaj dojadę do celu mojej wyprawy :)



Błyskawicznie pakuję ekwipunek i po pół godzinie jestem już na trasie. Najpierw 40 kilometrów do przejścia granicznego  Moc Bai. Zanim dotrę do granicy zamawiam jeszcze ostatnie kambodżańskie śniadanie w jednej z przydrożnych garkuchni. Do tego obowiązkowy kokos do picia :)




Potem już tylko szybka jazda i około 10 rano jestem na przejściu. Odprawa po stronie kambodżańskiej błyskawiczna. Zabierają karteczkę z paszportu, wbijają stempel i już. 

Po stronie wietnamskiej procedura jest prawie tak samo prosta: oddaję paszport i wydrukowaną promesę wizy. Za chwilę dostaję paszport z pieczątką, pokazuję go przy szlabanie i jestem w Wietnamie :) 



Na przejściu granicznym mam miłe spotkanie: ktoś krzyczy do mnie "Hej, Dolny Śląsk!" Okazuje się, że to wycieczką z Polski, która robi taką samą trasę z Bangkoku do Sajgonu przez Kambodżę. Tyle, że autokarem ;) Turyści robią mi pamiątkowe zdjęcie i ruszam do Wietnamu!


Pierwsze wrażenie: gładka i szeroka droga z dużym poboczem. Jedzie się naprawdę doskonale. No i od razu widać, że to o wiele bogatszy kraj niż Kambodża. Znikają butelkowe stacje benzynowe, jest całkiem czysto i schludnie. 


Im bliżej Ho Chi Minh tym ruch staje się większy. Przed wjazdem do 8-milionowej metropolii robię sobie jeszcze jedną przerwę na ulubioną wodę kokosową. Zjeżdżam na pobocze i widzę idealne miejsce odpoczynku dla zmęczonych podróżników. Kilkanaście hamaków rozwieszonych w cieniu i stoisko z napojami. Oczywiście tu zostaję  :) Układam się w hamaku i za chwilę mogę się delektować schłodzonym kokosem :)



Fajnie się leży  w cieniu, ale jechać trzeba. Po półgodzinnym leniuchowaniu ruszam w drogę. Na przedmieściach Sajgonu widzę kolejną nowość: bardzo szeroka droga dojazdowa ma dodatkowo wydzielone pasy tylko dla skuterów i rowerów. To świetny pomysł i bardzo ułatwia jazdę. 



Nawigacja pokazuje, że do mojego hotelu w centrum miasta zostało niecałe 20 kilometrów. I co, to już koniec? Jadę wolno i już żałuję,  że tak szybko dotarłem do celu. Pocieszam się, że przede mną jeszcze dwa dni w Sajgonie.


Samo centrum robi świetne wrażenie. Połączenie nowoczesności i postkolonialnej architektury wygląda bardzo okazale. Ruch w centrum  jest ogromny,  ale po doświadczeniach z Bangkoku czy Phnom Penh, nie robi to na mnie żadnego wrażenia. 

W końcu  nawigacja pokazuje komunikat "jesteś na miejscu" i ... wyprawa skończona  :)

Teraz czas na kąpiel i chwilę relaksu, żeby mieć siły  na zwiedzanie. Ale o tym już w kolejnym odcinku ;)