• notojade

Z Phnom Penh pod granicę z Wietnamem



Ostatni etap mojej podróży to przejazd ze stolicy Kambodży do Sajgonu. Do zrobienia 300 kilometrów, więc dzielę to na dwa dni. Pierwszego postanawiam spokojnie nacieszyć się Kambodżą i bez zarezerwowanego noclegu ruszam po prostu w kierunku granicy. Muszę przyznać, że Kambodża zyskuje w moich oczach z każdym dniem. Zaraz po przyjeździe do Koh Kong bardzo mi się tam nie podobało. Teraz z kolei czuję się tu doskonale. 






Z pralni wróciły moje ciuchy, czyli można ruszać :) Bez pośpiechu wyjeżdżam z Phnom Penh. Korki są  spore, ale mam już taką wprawę, że sunę w wielkim strumieniu motorów, tuktuków i aut kompletnie wyluzowany. Tym razem naprawdę jadę leniwie. Częste postoje na testowanie kuchennych atrakcji, obowiązkowe smakowanie wody kokosowej i przerwy na zdjęcia. 




Ruch w kierunku granicy z Wietnamem jest spory, ale jadę zupełnie przyzwoitą drogą,  ze sporym poboczem. Nie ma więc stresów i można napawać się podróżą  :) Przez cały dzień spotykam na trasie dzieci, które pozdrawiają samotnego rowerzystę-podróżnika. To miłe,  chociaż trzeba się namachać - żeby odpowiadać na pozdrowienia. Koło jednej ze szkół dzieciaki zapraszają mnie do środka i chociaż nikt tu nie mówi po angielsku - robimy pamiątkowe selfie i wszyscy mamy radochę :)



W Kambodży można spotkać całkiem sporo klasycznych stacji benzynowych, ale absolutnym hitem są "stacje benzynowe", na których benzynę sprzedaje się w ... butelkach. Takie stoiska z benzyną są tu co kilkaset metrów. 



Po 6 godzinach niespiesznej jazdy docieram do miejscowości Svay Rieng. Tu spróbuję zanocować. Szczęśliwie znajduję hotel z dobrym wifi i klimatyzacją. Po zapłaceniu 15 dolarów mam już gdzie spać. Teraz przede mną całe popołudnie żeby poczuć klimat malutkiego kambodżańskiego miasteczka, no i oczywiście żeby przetestować lokalne smaki. A jest co :)



Robale jakie tu serwują są ze cztery razy większe od tych które jadłem w Tajlandii. Tym razem skusiłem się  na placek z robakami. No cóż, zjadłem, ale mnie nie urzekł ;) Urzekły mnie za to banh mi - kanapki z bagietki z różnymi pysznymi składnikami. Czuć, że  jestem blisko granicy, bo to bardzo popularne danie w Wietnamie.  Nasycony tymi fantastycznymi smakami, zasypiam ostatni raz w Kambodży.