• notojade

Z Praia das Maçãs przez zachodni kraniec Europy do Lizbony

Zaktualizowano: wrz 4



(31 sierpnia 2021, 60 km)

Dzisiejszy finałowy etap był najkrótszy podczas całej wyprawy. Zaledwie 60 kilometrów, za to wrażeń i emocji jakbym przejechał ze 200.



Zaczęło się od pożegnania z piękną atlantycką plażą. Takie puste wybrzeże o poranku przy wielkich falach robi na mnie ogromne wrażenie.

Prosto z Praia das Maçãs ruszam w górę, żeby dojechać do Cabo da Roca, na najdalej na zachód wysunięty przylądek Europy kontynentalnej. Wybieram wariant szutrowy, jadę więc przez dzikie okolice i trochę boję się o moje dętki. Te kolce, które wyjmowałem ostatnio z opon nauczyły mnie respektu przed portugalskimi drogami.



Po kilku kilometrach terenowej jazdy docieram do asfaltu i wjeżdżam na Cabo da Roca. Jestem tam dosyć wcześnie więc nie ma tłumów i miejsce robi naprawdę niesamowite wrażenie.


Stromy ponadstumetrowy klif, wzburzony ocean i pasemka mgły nad samą wodą. A wszystko w promieniach mocnego słońca. Naprawdę czuję, że jestem na końcu kontynentu i bardzo cieszę się tą chwilą.








Po tysiącu zdjęć 😉 ruszam. Przede mną ostatni podczas całej wyprawy podjazd. I jest dokładnie taki jaki powinien być: dosyć długi i na tyle stromy żeby nie bolało. Potem mam już tylko z górki i to cały czas wzdłuż Atlantyku. Widoki są genialne, a rower jedzie sam 😎

Chcę przedłużyć te ostatnie kilometry i co jakiś czas robię postój pod pretekstem cyknięcia zdjęcia. W końcu siadam nad oceanem i przez jakiś kwadrans po prostu słucham szumu fal.







Ale Lizbona czeka i jadę dalej. W okolicy Cascais jest komfortowa ścieżka rowerowa, więc przez chwilę korzystam z tego rzadkiego w Portugalii dobra. Jakieś 15 kilometrów od celu na horyzoncie pojawia się charakterystyczna sylwetka czerwonego mostu 25 kwietnia, który łączy dwie części Lizbony. Teraz już czuję, że jestem na finiszu. Sama końcówka jazdy to kilka kilometrów przez klimatyczne uliczki Lizbony.


Jest sporo kostki, czasami pod górę i naprawdę dużo szyn tramwajowych. Żeby odwlec moment zakończenia, staję jeszcze przy lokalnej knajpce i zamawiam mały obiad.



Ale w końcu nie mam już wyjścia i ruszam w kierunku Praça do Comércio. Wspaniała przestrzeń placu robi wielkie wrażenie. Robię triumfalną rundę wokół, trochę zdjęć i teraz już wiem: moja wyprawa dobiegła końca.




Do Lizbony dojechałem 31 sierpnia, po miesiącu od startu z Wrocławia. Na rowerze spędziłem 30 dni i pokonałem w sumie 3556 kilometrów.




Dzisiaj zaraz po zakończeniu jazdy jestem szczęśliwy, bo spełniłem swoje kolejne rowerowe marzenie. A jak trochę ochłonę napiszę pełne podsumowanie wyprawy Tour de Europe.