• notojade

Austria, Węgry i Słowenia w jednym miejscu

Leżę właśnie w hotelu w słoweńskim Mariborze i zaraz chyba zasnę. Słońce i kilometry dają się we znaki. Organizm chce spać i odpoczywać :) Zanim odfrunę w sen, krótkie podsumowanie ostatnich dwóch dni.

Wtorek 16 lipca

Wiener Neustadt - Szombathely 92 kilometry

Czwarty dzień ma być luźniejszy, żeby zregenerować siły. Dlatego planuję niespełna stukilometrowy przejazd z Austrii na Węgry. Od samego rana czuję w kościach, że mam dzisiaj lenia. Z trudem schodzę na śniadanie do hotelowej restauracji. Jedzenie było naprawdę dobre. Takie dobre, że na kolejną godzinę ląduję w łóżku, w końcu mam lużniejszy dzień ;)

Wreszcie wstaję, pakuję manatki i ruszam.

Zaraz po wyjeździe z Wiener Neustadt trasa wiedzie malowniczmi dróżkami i rowerowymi ścieżkami. Jedzie się doskonale. Muszę przyznać, że Austriacy mają swietnie przugotowane trasy rowerowe. Wszystko czytelnie opisane, po drodze wiele miejsc na odpoczynek a nawet na piknik. Do tego sporo poidełek z pyszną wodą. Jeśli dodamy do tego bardzo dobre drogi i naprawdę uprzejmych kierowców, no to mamy idealne miejsce na rowerową wyprawę.

Takimi wygodnymi drogami dojeżdżam bez pośpiechu do granicy z Wegrami i tu czeka na mnie niespodzianka: po wegierskiej stronie kompletnie zdemolowane zabudowania dawnego przejścia granicznego. Wygląda to upiornie ale jest chyba jakąś atrakcją. Co chwila zatrzymują sie tu auta z turystami, ktorzy szaleją z kamerami i ajfonami. Sam ulegam pokusie i robię fotkę mojego roweru przy budce kontroli granicznej zamienionej na menelnię z setkami puszek.

Po wegierskie stronie granicy droga jest zaskakująco dobra, chociaż o odrębnym szlaku rowerowym mogę tylko pomarzyć. Na szczęście ruch jest niewielki i po godzinie jestem w malowniczym miasteczku Szombathely. Okazuje się, że nocleg zarezerwowałem w hostelu, ktory jeszcze 20 lat temu był żeńskim klasztorem. Atmosfera specyficzna a pokoik to maciupeńka mnisia cela 2 na 2 metry. Może i mała ale jest też łazienka :

Na recepcji dowiedziałem się też, że w Szombathely urodził się święty Marcin, a miasto leży na szlaku pielgrzymkowym. Ja jednak zajmuję się życiem doczesnym i pochłaniam ogromny talerz gulaszu, robię krótki spacerek po centrum i szykuję się na kolejny dzień wyprawy.

Środa 17 lipca Szombathely - Maribor 133 kilometry

Trasa do Mariboru w Słowenii kluczy cały czas po austriacko-węgierskim pograniczu. Godzinę po wyjeździe z Szombathely jestem znowu w Austrii. I znowu malownicze krajobrazy, świetna infrastruktura rowerowa i nieskazitelnie czysto. Nie dziwię się że moja rowerowa aplikacja prowadzi mnie taką trasą: po prostu jest super.

Atrakcją dnia jest wjazd na trójstyk, gdzie łączą się granice Węgier, Austrii i Słowenii. Bardzo chcę to zobaczyć, ponieważ wychowałem się na zupełnie innym trójstyku, w Bogatyni. Za moich szkolnych lat za próbę wejścia na punkt gdzie łączyły się granice PRL, NRD i CSRS wylądowałem w izbie zatrzymań WOP (pamiętacie jeszcze Wojska Ochrony Pogranicza?) Ale koniec z kombatanckimi wspomnieniami. Rowerowy szlak omija wprawdzie austriacko-węgiersko-słoweński styk trzech granic, ale mój niezawodny Specialized daje radę i po naprawdę stromym żwirowym stoku dojeżdżam do celu od strony austriackiej. Teraz oczywiście sesja: staję z rowerem po trzech stronach kamienia granicznego i mam fotki w trzech krajach :)

Sprawdzam nawigację i postanawiam, że nie wracam już do Austrii i na Wegry, ale prosto ze styku granic zjeżdżam stromą dróżką do Słowenii :) Teraz jeszcze dwie godziny pedałowania w upale i po 17 docieram do Mariboru. Nocleg mam w samym centrum. Mogę więc na piechotę docenić jakie to fajne miasto. No i najważniejsze: jedzenie mają tu GENIALNE. Ale o jedzeniu w podróży zrobię chyba osobny wpis :) Kończę i idę spać, bo jutro chcę dojechać do Zagrzebia :)