• notojade

Lwów na początek wakacji 

Ponieważ już w połowie lipca ruszam w długą podróż na południe Europy – muszę przetestować sprzęt na krótszej wycieczce. Pogoda jest iście południowa, bo upały sięgają 35 stopni. Kierunek: Ukraina. Tym razem wybieram wariant kolejowo-rowerowy. Jest piątkowe popołudnie, za 85 złotych kupuję bilet dla mnie i roweru na Intercity z Wrocławia do Przemyśla i już po 7 (!!!!!!) godzinach melduję się na dworcu Przemyśl Główny. Sama podróż koleją minęła całkiem dobrze: pociąg czysty, klimatyzacja działa, można kupić coś do jedzenia i picia, wagon rowerowy z wygodnymi hakami i stojakami. Kolejne zaskoczenie – spóźnił się tylko pół godziny ;)

W Przemyślu od razu wskakuję na rower i główną drogą jadę w kierunku granicy. Jest późne popołudnie i spieszę się trochę, ponieważ wszędzie straszą, że na przejściu w Medyce są kolejki. Po 11 kilometrach jestem na granicy i faktycznie jest dłuuuga kolejka samochodów. Omijam TIRy, podjeżdżam pod szlaban i od miłej pani ze straży granicznej dowiaduję się, że z rowerem mam jechać obok na przejście dla pieszych. Tu też spora (na oko ponadstuosobowa) kolejka w której stoją cierpliwie podróżni. Jeden z nich pokazuje mi wejście obok z napisem „EU”. Okazuje się, że obywatele Unii Europejskiej są obsługiwani obok – kolejki nie ma i po 2 minutach jestem odprawiony przez polskie służby graniczne. Jadę „pasem ziemi niczyjej” na posterunek ukraiński. Tu w kolejce stoją 4 osoby, po 5 minutach dostaję pieczątkę w paszporcie i jestem na Ukrainie. Okazuje się, że rower jest kolejkoodporny i cała operacja granica zajęła mi niecały kwadrans :)

Teraz szybka wizyta w jednym z kantorów (a są ich tu dziesiątki!) i jazda na wschód. Ponieważ dzień się kończy, jadę do pobliskich Mościsk i w niewielkim motelu przy stacji benzynowej nocuję. Motel tani – 50 złotych za noc – a standard całkiem niezły: czysto, fajna łazienka, szybki internet i dobre jedzenie w okolicznej knajpce.

Sobota wita mnie w Mościskach pełnym słońcem. Dojadam resztki kanapek i bananów z Polski i czym prędzej ruszam do Lwowa. GPS pokazuje, że z motelu warto pojechać obwodnicą, która okazuje się dziurawą drogą szutrową. Rezygnuję – wracam asfaltem do centrum miasteczka i główną trasą ruszam na wschód. Droga jest dobra: szeroko, asfalt bez dziur, pobocze pozwala na swobodną jazdę i można czuć się bezpiecznie. Humor psują czasami kierowcy, którzy wyjeżdżają z bocznych dróg i wymuszają pierwszeństwo na rowerzyście. Ale można się przyzwyczaić ;)

Po kilkunastu kilometrach opuszczam główną drogę żeby zwiedzić Sądową Wisznię. Droga do miasta jest niestety dziurawa i wyboista. Wyjazd z miasteczka przynosi jeszcze większe atrakcje – miejscami na drodze nie ma asfaltu. Ostrożnie krążę między wybojami i po kilku kilometrach szczęśliwie wracam na trasę do Lwowa. Znowu jest gładko i przyjemnie. Teraz 50 kilometrów dobrą drogą (z ostrożności nie zjeżdżam do Gródka tylko jadę po głównej) i jesteśmy we Lwowie.

Wjazd do miasta komfortowy, ale im bliżej centrum tym ciaśniej, wąsko a samo centrum miasta to drogi z polskiej przedwojennej kostki. Tu jeździ się kiepsko: albo kostką gdzie strasznie trzęsie, albo chodnikiem gdzie tłok jest naprawdę duży. Po chwili widzę jak radzą sobie lokalsi – jadą torowiskiem, ponieważ wąski pasek wzdłuż torów tramwajowych jest wybetonowany.

Miałem ambitny plan żeby pozwiedzać Lwów na rowerze. Kostka, tłok i wyboje zmuszają mnie do zmiany planów: odstawiam rower do hotelu i do wieczora włóczę się po mieście na piechotę. Jest łatwiej i naprawdę przyjemnie.

Lwów jest bardzo atrakcyjny dla polskich turystów: mnóstwo śladów polskiej przeszłości miasta zachęca do zwiedzania, ceny w hotelach i knajpach są bardzo niskie i bez żadnego problemu można się komunikować po polsku.

Wydarzeniem dnia jest wizyta w knajpce z grillowanymi żeberkami w podziemiach lwowskiego Arsenału. Na wejście czekają tam tłumy, ale warto. Żeberka trzeba jeść rękami, na stole jest tylko szary papier, na którym uprzejma pani kelnerka rysuje talerz i sztućce. No i obowiązkowy śliniaczek – też z szarego papieru – w którym je się czysto i elegancko :) Jest jeszcze atrakcja specjalna: kelnerka przynosi upieczone żeberka i toporkiem, który wyciąga z kieszeni fartucha rąbie je przed moimi oczami na kawałki. Jestem pod wrażeniem, bo zabawa w jedzenie rękami okazała się świetna, jedzenie było doskonałe a rachunek naprawdę niski.

W niedzielę rano pakuję sakwy i ruszam z hoteliku przy Jagiellońskiej w drogę powrotną. Nie jadę prosto w kierunku granicy, ponieważ jest wcześnie rano, zupełnie pusto i mogę swobodnie pojeździć po centrum miasta. Odwiedzam kamienicę, z której do września 1939 roku mieszkał mój dziadek. Potem jadę na Brajerowską 4 do kamienicy, w której urodził się i wychował mój ulubiony pisarz Stanisław Lem. Opisuje ją w „Wysokim Zamku”. Fajnie zobaczyć ten sam balkon, na którym młody Lem bawił się w bezludną wyspę i toczył wielkie morskie bitwy.

Potem niecałe 90 kilometrów jazdy główną drogą i przejście graniczne do Polski. Formalności przebiegają bardzo sprawnie. Polscy celnicy z zainteresowaniem oglądają rower i po chwili jestem w Polsce. Teraz kilkanaście kilometrów główną drogą i melduję się w Przemyślu.

Powrót pociągiem drastycznie inny niż podróż do Przemyśla. Na dworze upał a w wagonie rowerowym zepsuła się klimatyzacja. Mam więc podróż życia: nowoczesny wagon z zepsutą klimatyzacją i nieotwieralnymi oknami. Temperatura na wyświetlaczu waha się między 38 a 40 stopni. Wszyscy w wagonie wyglądają jakby wyszli spod prysznica. Wzywamy konduktora. Kierownik pociągu coś sprawdza, reguluje i wydaje wyrok: na dworze jest za gorąco i klimatyzacja nie daje rady :) Teraz do mnie dotarło: w pociągach Intercity klima działa jak jest chłodno, a jak za gorąco to nie daje rady. Powinni to opatentować.

Ale 7 gorących godzin jakoś mija i wreszcie jestem we Wrocławiu. Podróż rowerem w chłodzie wieczoru to prawdziwa rozkosz po przymusowej saunie w wagonie. Teraz jeszcze bardziej czuję, że rower to najfajniejszy środek lokomocji.