• notojade

Z południowych Moraw do Bratysławy czyli dzień trzeci!

Zaktualizowano: 15 gru 2018

Poniedziałek - wstaję z samego rana bo mam ambitny plan zaliczenia dziś trzech państw i dwóch stolic. Ale najpierw królewskie śniadanie (oj, gospodyni dała radę): wielka jajecznica, pieczywo, sery, wędliny, pomidory, owoce. Pakuję sakwy i za kwadrans dojeżdżam do granicy z Austrią.


Po takim śniadaniu można ruszać w drogę!

Pogoda – podobnie jak w weekend – idealna. Sporo słońca, ale niezbyt gorąco. Zaraz za granicą pojawiają się całkiem wygodne ścieżki rowerowe, które po kilkunastu kilometrach zmieniają się w polne drogi. Teraz wiem dlaczego podróżuję na gravelu – jadę polami i przez lasy, droga prawie jak na MTB, ale według GPSa jestem coraz bliżej Wiednia.


Za godzinę powinienem dojechać do Wiednia

Nawigacja wybrała chyba najkótszą trasę po już 4 godziny po starcie mijam Bisamberger Wald i docieram do Dunaju. Teraz już wygodną ścieżką rowerową wzdłuż rzeki wjeżdżam do stolicy Austrii.



Ścieżka wiedzie przez wyspę Donauinsel, która oddziela Dunaj od Nowego Dunaju. To bardzo wygodne rozwiązanie – można komfortową asfaltową ścieżką rowerową przejechać wzdłuż całe miasto.





Moja trasa jest jednak nieco inna – po 7 kilometrach opuszczam wyspę i wjeżdżam do samego centrum. Fajnie się jeździ na rowerze po Wiedniu. Sporo ścieżek, kierowcy uprzejmi mimo że jest naprawdę tłoczno. Teraz jeszcze obowiązkowy postój pod katedrą świętego Szczepana (uwaga na tabuny turystów ze smartfonami, którzy cykają fotki i nie widzą rowerzystów).


Centrum Wiednia i wszędzie straszne tłumy

Ten dziki tłum tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że trzeba szybko jechać dalej. Trasa wiedzie przez Prater, kolejne fantastyczne miejsce dla rowerzysty: wielki park z wygodną trasą rowerową. Potem znowu kilka kilometrów przez Donauinsel i zaczynam odcinek Donauradweg w kierunku Bratysławy.


Tu spotyka mnie kolejna – zupełnie nieplanowana - atrakcja. Zaraz obok ścieżki rowerowej wylegują się setki golasów. Tak proszę Państwa – to ogromna plaża naturystów, którzy okupują ten brzeg Dunaju. Wszystkich podekscytowanych muszę jednak ostudzić: dominują stateczni Wiedeńczycy w raczej średnim wieku i więcej niż średnią wagą.


Teraz trasa wiedzie komfortowym asfaltem wzdłuż Dunaju. Jedzie się doskonale. Zaraz za miastem przy trasie jest sporo knajpek dla rowerzystów. Karmią całkiem dobrze i niedrogo.


Kilkanaście kilometrów za Wiedniem pojawia się kłopot – trasa rowerowa na wale wzdłuż Dunaju jest zamknięta, ponieważ trwają tam prace budowlane. Objazd nie wygląda zbyt atrakcyjnie więc po raz kolejny postanawiam zaufać rowerowi i oponom. Trochę onieśmielony omijam zakaz i wjeżdżam na zamknięty odcinek. I po kilku kilometrach wszystko się wyjaśnia: spotykam jadących z naprzeciwka Słowaków, którzy twierdzą, że mimo zakazu można tam jeździć popołudniu, kiedy robotnicy schodzą z budowy.



Kilometry mijają błyskawicznie, docieram wałami do mostu w Bad Deutsch Altenburg i po 13 kilometrach jazdy wygodną ścieżką dojeżdżam do granicy ze Słowacją.





I zaraz za granicą jest Bratysława, a dokładniej Petrzalka – wielka sypialnia stolicy Słowacji. Tu mam nocleg i czuję się swojsko: gigantyczne blokowisko (podobno największe w Europie), coś jak połączenie wrocławskiego Kozanowa z Gądowem, Popowicami i Hubami ;)


To był intensywny dzień, śniadanie na Morawach, obiad w Wiedniu i kolacja w Bratysławie.

Podsumowanie dnia: 153 kilometry, 700 metrów przewyższeń, średnia prędkość 19 km/h.