• notojade

Chiński nowy rok i jestem w Kambodży

Wyspa Ko Kut nie chciała chyba żebym ją opuszczał bo na prom ledwo zdążyłem. Dojechałem do portu o 8.56 a o 9 płynęliśmy już  do Laem Sok. Wszystko przez te góry, ktore naprawdę dają  w kość  :) 






Potem godzinka na promie i ruszam w kierunki granicy z Kambodżą. Ponieważ rano nie zrobiłem zapasu wody, zatrzymuję się przy małym wiejskim sklepiku i ... od razu zaczyna się zabawa. Robimy sobie selfi, częstują mnie słodyczami i na migi pytają dokąd jadę.  




Pół  godziny później  z trasy zabiera mnie do domu tajska rodzina i zaprasza do wspólnego obiadu.  Gospodyni  bierze komórkę i dzwoni po siostrę. Za chwilę przychodzi się przywitać pan domu.  Tutaj bratamy się najbardziej. Znają trochę angielski i dowiaduję się, właśnie obchodzą chiński nowy rok.  No to teraz wszystko rozumiem: trafiłem w środek imprezy  :)











Muszę skosztować każdej potrawy, potem dostaję paterę z owocami i cały czas opowiadam na pytania skąd i dokąd jadę. Na pożegnanie znowu porcja selfi i gospodyni pakuje mi całą reklamowkę owoców i domowych słodyczy. Przez następną godzinę jadę testując nowy sposób podróżowania po Azji - z reklamowką na kierownicy. Ale było naprawdę warto, pyszności jadłem aż do granicy z Kambodżą.  







Historia powtarza się jeszcze dwa razy gdy zajeżdżam pod sklepiki żeby kupić coś  do picia.

Tu małe wyjaśnienie: kupuję napoje często, bo tu jest naprawdę baaaaardzo gorąco. Mimo, że mam dwa bidony i 2-litrowy worek na wodę płyny zużywam błyskawicznie. 

Do granicy coraz bliżej, zaliczam przy okazji miejsce, w którym Tajlandia jest najwęższa :)



Do przejścia granicznego docieram około 17. Mam godzinę do zachodu słońca i zaczynam się spieszyć. Najpierw wymieniam tajlandzkie bahty na kambodżańskie riele i zasuwam do okienka.



Tajska odprawa trwa dosłownie 15 sekund: pieczątka w paszporcie i wchodzę na drugą stronę. Tu też zaskakująco pusto i bez kolejki załatwiam formalności.  Ponieważ wizę dostałem przez internet, teraz muszę tylko wypełnić kwitek, pozwolić zrobić sobie zdjęcie i dać odciski palców.  Po 10 minutach jestem oficjalnie w Kambodży. Nie sprawdziły się więc plotki od których aż huczy w necie,  że na granicy trzeba dawać łapówki i czekać w długich kolejkach. Było szybko i porządnie  :)



Ponieważ w Kambodży jest ruch prawostronny, lusterko wróciło na lewą stronę.



Teraz zacznie się ta smutniejsza część dzisiejszej relacji. Po wyjeździe z pogodnej i zamożnej Tajlandii, Kambodża robi przygnębiające wrażenie. Jest biednie, szaro, ludzie się nie uśmiechają a droga ma miejscami dziury jak ser szwajcarski. 



Już po zmierzchu docieram do Ko Kong - pierwszego miasta po tej stronie granicy. Bez problemu trafiam do hotelu i miły recepcjonista od razu próbuje mnie naciągnąć: pokój zarezerwowany za 10 dolarów ma teraz kosztować 12. Dopiero jak pokazuję mu rezerwację z Booking.com odpuszcza. To samo spotyka mnie tego wieczoru jeszcze dwa razy: w knajpce gdzie jem kolację i w sklepiku naprzeciwko hotelu. 

Może to dlatego, że miasto leży przy granicy, ale fakt jest taki, że Ko Kong nie pozostawił dobrego wrażenia. Miło było tylko u przedstawicieli  sieci komórkowej Smart. Internet na tydzień kosztował mnie 7 dolarów, pracownik ustawił mi telefon i wymienił kartę z uśmiechem i profesjonalnie.  Było chyba nawet sprawniej niż tydzień temu w Bangkoku :) 



Drugi dzień  w Kambodży zaczynam od 90-kilometrowego odcinka po górach. Muszę przejechać największy kambodżański park narodowy Botum Sakor i całkiem pokaźne góry po drodze.



To są zupełnie inne wrażenia niż jeszcze wczoraj. Droga przecina dżunglę, która nawet w środku dnia hałasuje niemiłosiernie. Do tego palące słońce i strome podjazdy spowalniają podróż.




W końcu na 90 kilometrze wspinam się na ostatnią górę  i po trzykilometrowym szaleńczym zjeździe laduję w zupełnie innym krajobrazie. Jest płasko, po drodze sporo wiosek i w ogóle dużo ludzi wokoło.

Jak tylko przejeżdżam przez kolejną wioskę, dzieciaki krzyczą i przyjaźnie machają. Żeby nie wyjść na gbura odmachuję i odkrzykuję wszystkim ;)





Po zmroku udaje mi się dotrzeć do skrzyżowania drogi 48, która prowadzi mnie od tajskiej granicy, z główną kambodżańską arterią komunikacyjną, czyli trasą numer 4, łączącą stolicę kraju Phnom Penh z nadmorskim miastem Sihanoukville.

Jutra rano wjeżdżam na tę drogę  :)