• notojade

Singapur robi wrażenie!

Podróż z Polski do Azji - podobnie jak przed rokiem - okazała się całkiem krótka i komfortowa. 16 godzin, z tego 3 na przesiadkę w Dubaju. Jedyna różnica to koronawirus. Już na lotnisku w Warszawie miła pani przy odprawie poinformowała mnie, że władze Singapuru mogą mnie nie wpuścić jeśli ostatnio byłem w Chinach.

Za to na lotnisku w Dubaju wszyscy paradowali w maseczkach. Ale oprócz tego wielkich objawów paniki nie było.



Odprawa paszportowa w Singapurze trwała może 2 minuty i jedyne pytanie jakie zadała mi urzędniczka w okienku, to jak ma wymawiać moje nazwisko. Za to kilkaset metrów dalej po lotnisku grasowały grupy w białych fartuchach i wyłapywały podejrzanych (nie mam pojęcia według jakiego klucza) i mierzyły im temperaturę. W każdym razie ode mnie nic nie chcieli i po kwadransie odebrałem już karton z rowerem.



Chciałem w Singapurze powtórzyć ubiegłoroczny plan z Bangkoku i złożyć rower już na lotnisku żeby na dwóch kołach dojechać do miasta. Niestety okazało się, że z Changi Airport NIE WOLNO wyjeżdżać rowerem. Przed wylotem upewniałem się w kilku miejscach i pocieszyli mnie, że w 2023 skończą budowę ścieżki do lotniska :) No to mamy mały problem na początek, bo Singapur to miasto znane z restrykcyjnego prawa. Już w samolocie przy wypełnianiu deklaracji wjazdowej informują nas, że za posiadanie narkotyków grozi kara śmierci, a za samo posiadanie gumy do żucia można zapłacić wysoką karę. A tu jeszcze ten zakaz dla rowerów... W związku z tym gumę do żucia zostawiłem w samolocie i wynająłem pierwszy nocleg blisko lotniska na południowym wybrzeżu żeby łatwo dojechać miejską komunikacją.


Samo lotnisko okazało się bardzo komfortowe i funkcjonalne. Od wyjścia z samolotu do odebrania bagażu minął może kwadrans, po drodze wizyta w kantorze po singapurskie dolary i już pakuję się do autobusu miejskiego, który zabiera pasażerów w podziemiach terminala. Teraz 11 przystanków i melduję się na kwaterze. Jest wilgotno, słońce w zenicie i 34 stopnie, ale ja myślę teraz tylko, żeby jak najszybciej złożyć rower i ruszyć do miasta. Po godzinie rower jest piękny i gotowy do jazdy a ja po prysznicu zaczynam eksplorację Singapuru :)




To naprawdę ciekawe miejsce: bardzo bogate miasto-państwo na wyspie z tropikalnym klimatem, bo leży prawie na równiku. Ale rowerowo jest całkiem dobrze. Sporo ścieżek, wygodnych i szerokich. Z mojego mieszkania do centrum miasta jadę malowniczą trasą rowerową z widokiem na słynny hotel Marina by Sands z gigantycznym basenem na dachu. Przez następne kilka godzin objeżdżam miasto. Bardziej nastawiam się na wrażenia rowerowe, bo Singa zaliczyłem "na nogach" kilka lat temu. Kierowcy tutaj bardzie przypominają naszych europejskich - czasami ustępują nawet miejsca rowerzyście.


W Singapurze panuje porządek i nie znajdziecie tam obecnych w całej Azji południowo-wschodniej ulicznych bud z jedzeniem. Tacy sprzedawcy mają tu swoje stoiska w specjalnych foodcourtach, które są dotowane przez miasto. Zaleta jest taka, że w jednym miejscu mamy kilkanaście stoisk z jedzeniem. Ceny przystępne: za swój obiad zapłaciłem 7 dolarów singapurskich czyli niecałe 20 złotych.



Ponieważ zaczyna się wyprawa to muszą być też lansiarskie zdjęcia z rowerem i ładnym tłem. Wybaczcie, ale żółć zalewająca Mojego Sąsiada Janka jest tego warta :)

Z turystycznych atrakcji nie mogę sobie odpuścić wieczornego pokazu podniebnych ogrodów Gardens by the Bay. To robi wrażenie! Teraz jeszcze pół godziny jazdy po nocnym Singapurze (jest bezpiecznie!) i pełen wrażeń kładę się spać. To był dobry piątek.






W sobotę rano rozpocznę główną część mojej wyprawy. Przeprawię się przez groblę łączącą Singapur z Malezją i pojadę na północ przez Półwysep Malajski.