Gościnni Argentyńczycy i koszmarne kolce
- notojade
- 6 dni temu
- 2 minut(y) czytania

Jazda przez argentyńską pampę okazała się zaskakująco łatwa. Płasko, drogi (w większości) bardzo przyzwoite, słoneczna pogoda.
Dobre wrażenie potęgowali bardzo przyjaźni mieszkańcy i rower, który niezawodnie wiózł mnie w kierunku zachodnim. Ale do czasu... 😎 Bo w końcu trochę się zmieniło.
To jest esencja rowerowej wyprawy przez Amerykę Południową – momenty, których nie da się zaplanować, często poprzedzone kryzysem. 🇵🇱 ❤️ 🇦🇷

Etap z San Luis do La Paz był prawdziwą próbą cierpliwości. Kilka kilometrów przed miasteczkiem dopadł mnie buzdyganek naziemny - czyli cholernie wredna, kolczasta roślina, która rośnie tu na poboczu. Złapałem gumę i musiałem zmieniać dętkę w pełnym słońcu.

Jedyne, o czym wtedy marzyłem, to prysznic i łóżko.
W desperacji włączyłem mapy googla i znalazłem adres w okolicy. Wysłałem wiadomość na WhatsApp, pytając o możliwość wynajęcia pokoju. Otrzymałem zaskakującą odpowiedź:
"To nie jest hotel! To jest prywatna winnica."
I w tym momencie historia mogłaby się skończyć. Ale nie w Argentynie!
Po krótkiej wymianie wiadomości, kiedy opowiedziałem, że jadę na rowerze przez kontynent i szukam dachu nad głową, właściciel winnicy, odpisał:
"Jeśli nie przeszkadza Ci, że będziesz spał w jednym domu z naszą rodziną to przyjeżdżaj."

W ten sposób, zamiast w anonimowym hotelu, wylądowałem na terenie prawdziwej, argentyńskiej winnicy, wśród rzędów krzewów Malbeca i aromatu argentyńskiego wina!
To była jedna z tych nocy, która zostanie w pamięci.
😍 Wieczór spędzony na rozmowach, piciu yerba mate i jedzeniu domowej pizzy w towarzystwie Ramiro i jego rodziny.
😍 Właściciel pokazał mi każdy zakątek swojej małej produkcji, opowiadając o pasji do wina. Była też mała degustacja.
😍 Poczułem się nie jak gość, ale jak członek rodziny.
Rano obudziłem się gotowy do jazdy... ale los rowerzysty jest okrutny! Kilka kilometrów po wyjeździe z gościnnej winnicy, argentyńskie kolce postanowiły mnie jeszcze raz przetestować i przebiłem oponę... DWA RAZY! Czyli łącznie trzy defekty w dwa dni.
I właśnie w ciągu tych dwóch dni dowiedziałem się, że argentyński buzdyganek naziemny to wredny wróg kolarzy, ale przekonałem się też, że ludzie są tutaj fantastyczni.❤️
¡Gracias Ramiro!
Teraz jestem w Mendozie, gdzie skończył się nizinny etap wyprawy. Przede mną Andy i ostra wspinaczka do granicy z Chile.































Komentarze