
Przeprawa przez Andy
- notojade
- 20 godzin temu
- 3 minut(y) czytania
Przejechałem Urugwaj, minąłem Argentynę — wszystko po to, by dotrzeć do wyzwania, na które czekałem od startu w Montevideo: przejazdu przez Andy do Chile. 🇨🇱
Pierwszy andyjski dzień to jazda z Mendozy do Uspallaty - ostatniego większego miasteczka po stronie argentyńskiej. Wyjazd z Mendozy jest naprawdę komfortowy. Trasa wiedzie wygodną ścieżką rowerową, która w centrum miasta prowadzi wzdłuż linii tramwajowej, a potem poboczem.
Spotykam tu Gerardo, który jest na porannym treningu, ale zaprasza mnie do kawiarni i przy herbacie opowiada trochę o jeżdżeniu na rowerze wokół Mendozy. Ostrzega mnie, że po około 40 kilometrach droga, którą jadę połączy się z międzynarodową trasą gdzie ma być ciasno i niezbyt bezpiecznie. Ale innej drogi do Chile stąd nie ma.

I faktycznie za Potrerillos wpadam na ruchliwą "siódemkę", ale kierowcy zachowują się całkiem przyzwoicie, więc jedzie się dobrze. Nie muszę chyba dodawać, że droga prowadzi cały czas pod górę. W nagrodę dostaję piękne widoki na Andy, a po wyjeździe z jednego z tuneli mam fantastyczną panoramę na sztuczne jezioro Embalse Potrerillos.
Po kilku godzinach ciężkiej walki z grawitacją dojeżdżam do Uspallaty. Miasteczko leży prawie 1900 metrów nad poziomem morza, wiec po zmierzchu włączam ogrzewanie w moim pokoju. I dobrze robię, ponieważ rano wszystko jest oszronione. Tutejsze noce potrafią być chłodne nawet późną wiosną.
Drugi dzień zapowiada się jeszcze mocniej. Chcę dojechać na ostatni nocleg po wschodniej stronie Andów. Trasa robi się coraz bardziej stroma i trzeba się tu naprawdę ostro napedałować. Ale świadomość, że zbliżam się do Aconcagui - najwyższego szczytu Ameryki Południowej, zdecydowanie dodaje mi sił.

Pod koniec dnia dojeżdżam do Puente del Inca. To niesamowite miejsce, gdzie woda wypłukała skalny most, pod którym płynie rwąca rzeka. Samo miasteczko było kiedyś znacznie większe, poniewaz znajdowała się tutaj duża stacja kolei transandyjskiej. Dziś można tam zobaczyć nieużywane tory i budynki warsztatów kolejowych.
Przejeżdżam też przez dużą stację narciarską Penitentes, która jest zamknięta na głucho, bo jest już po sezonie.
W końcu późnym popołudniem docieram do Hospedaje Leñas del Tolosa, gdzie zarezerwowałem nocleg.
Miejsce jest niesamowite. To turystyczne schronisko mieści się w budynkach dawnego przystanku kolejowego. Jest skromnie, ale klimatycznie. Restaurację urządzono w głównym budynku dawnej stacji, gdzie jest też małe muzeum kolei transandyjskiej. Można więc jednocześnie delektować się obiadem i historią. 😎

Po kolejnej zimnej nocy i szybkim śniadaniu ruszam na decydujący etap. Tego dnia mam osiągnąć najwyższy punkt wyprawy, a po przekroczeniu granicy, zjechać do miasteczka Los Andes w Chile.

Postanowiłem nie jechać główną trasą, tylko spróbować sił na starej, nieużywanej drodze szutrowej. Marzyłem o tym szlaku. Podjeżdża się wąską dróżką na wysokość 3820 metrów, żeby taką samą drogą gruntową zjechać do Chile. Andy pokazały jednak swoją siłę i dzikość, bo 220 metrów od granicy cały plan się zawalił: droga była zamknięta z powodu zalegającego śniegu. Granica Argentyna/Chile na tym szlaku była nieosiągalna!

Na szczęście jak już wjechałem na te 3820 metrów, to miałem w nagrodę szutrowy zjazd do tunelu Cristo Redentor. A za tunelem - już w Chile czekały na mnie następne kilometry pełnej adrenaliny jazdy w dół. Szaleństwo zjazdu tymi serpentynami zapamiętam na pewno do końca życia.

Podsumowując: dwa i pół dnia wspinałem się z argentyńskiej Mendozy po andyjskich drogach, żeby w kilka godzin zjechać z wysokości 3820 m do chilijskiego Los Andes leżącego na niecałych 900 metrach. I naprawdę było warto!
A więc jestem w Chile i jutro przywitam się z Pacyfikiem. 🫡




















































































































Komentarze