• notojade

Sajgon na rowerze

W Sajgonie nie zobaczycie zbyt wielu rowerzystów. Mnie udało się spotkać na ulicy dosłownie jednego chłopaka na ostrym kole i porozmawiać z kilkoma zapaleńcami w Saigon Bike Shop. Na ulicach dominują motory, motorowery i skutery.




W porównaniu do Bangkoku czy Phnom Penh po Sajgonie jeździ się całkiem przyjemnie. Spora w tym zasługa specjalnych pasów ruchu wydzielonych tylko dla jednośladów. To daje spory komfort jazdy: z reguły wygląda to tak, że auta jadą dwoma pasami a trzeci – oddzielony nie tylko linią ale barierką, jest dla nas.

Trzeba jednak pamiętać, że obowiązuje tu azjatycki styl jazdy, czyli rację ma większy i trzeba mu ustąpić, ale za to wjechać można w zasadzie wszędzie :) Nikogo tu nie dziwi korek motocykli na wąskiej (może metrowej szerokości) alejce na targowisku czy też skuter jadący pod prąd pasem dla jednośladów. Ta ostatnia „zasada” czyli, że przy poboczu można jeździć pod prąd, jest naprawdę stresująca. A więc można tu całkiem sprawnie przemieszczać się na rowerze, ale trzeba mieć oczy dookoła głowy.



W Ho Chi Minh warto zanocować w samym centrum czyli w pierwszym dystrykcie, wtedy wszystkie atrakcje będą blisko. Co zobaczyć? Na pewno targowiska, bo jest tam bardzo malowniczo i smacznie. Jeśli na szybko – idźcie na Ben Thanh Market: mają tam wszystko dla turystów czyli dobre jedzenie, pamiątki z Wietnamu i tony podróbek ;) Jeśli jednak chcecie poczuć prawdziwy klimat Sajgonu polecam Binh Tay Market w chińskiej dzielnicy. Mało turystów, tłumy lokalsów i naprawdę jest co oglądać i kupować. Objechałem go rowerem i idąc w ślady miejscowych na motorach – wepchnąłem się na rowerze pomiędzy stoiska. To była naprawdę niezła jazda!



Warto też pojeździć po mieście, żeby pooglądać niesamowite połączenie kolonialnej francuskiej architektury i nowych – naprawdę okazałych – budowli. Wśród tych zabytkowych szczególnie polecam budynek poczty głównej z końca XIX wieku. Piękny obiekt jest uznawany za najpiękniejszą pocztę w całej Azji.



Dla mnie wielką frajdą okazała się wizyta w Muzeum Wojny. To było naprawdę ciekawe doświadczenie – zobaczyć jak Wietnamczycy pokazują swoją historię walki z Francuzami, no i przede wszystkim jak opisują wojnę wietnamską, którą my postrzegamy przez pryzmat amerykańskich filmów. Przyznaję, że zaplanowałem na to miejsce godzinkę a spędziłem ponad 4. Miłośnicy militariów znajdą tam też mnóstwo amerykańskiego sprzętu wojskowego, którego zdobyciem chwalą się Wietnamczycy. Jest naprawdę wszystko: czołgi, samoloty, amfibie, działa, samoloty i wielkie helikoptery. Wszystko jak z „Czasu apokalipsy” :)



Przede wszystkim jednak zdecydowanie rekomenduję testowanie jedzenia z malutkich ulicznych stoisk. Uwierzcie mi, że nie ma się czego bać. Obowiązuje tylko jedna zasada: przyglądamy się czy kupują miejscowi. Jeśli tak – to znaczy, że jest dobre. Zupa Pho jedzona przy malutkim stoliczku na chodniku czy fantastyczna kanapka Banh Mi, którą przygotują na poczekaniu – smakują po prostu genialnie. Wszystko oczywiście w atrakcyjnych cenach: Banh Mi kupicie już za równowartość dolara, Pho za półtora, najwyższej dwa dolary.



Jeżeli traficie do Ho Chi Minh bez roweru, ale macie ochotę pojeździć – odwiedźcie koniecznie Saigon Bike Shop. Właściciel tego biznesu - Pan Wan, (który pieczołowicie zapakował do kartonu mojego Specialized Rubaix na podróż powrotną do Polski) sam jest zapalonym kolarzem i organizuje rowerowe wycieczki po mieście i delcie Mekongu.



Podsumowując moje wrażenia: Sajgon na rowerze – ABSOLUTNIE TAK!