• notojade

Z Berlina do Amsterdamu

Zaktualizowano: sie 13

(3 - 7 sierpnia 2021, 705 km)


Etap z Berlina do Amsterdamu przejechałem z Romkiem Szełemejem, który dotarł do mnie w poniedziałek późnym wieczorem.

Wtorek zaczęliśmy od hotelowego śniadania, potem pakowanie i pierwsze kilometry pod Bramę Brandenburską na szybką sesję zdjęciową. Mam więc takie same fotki dzień po dniu, raz z Piotrem i drugi raz z Romkiem 🤪



Spod Bramy ruszyliśmy na zachód i przejechaliśmy cały Kudamm - główną ulicę dawnego Berlina Zachodniego. Potem przeżyliśmy pierwszy szok, czyli jazdę szeroką na jakieś 15 metrów ścieżką rowerową w lesie, która łączy Berlin z Poczdamem. Zaliczyliśmy też obowiązkowy punkt trasy - Glienicker Brücke czyli słynny Most Szpiegów, na którym odbywały się wymiany agentów amerykańskich i sowieckich. Zaraz potem kanapka na ławce i pedałujemy dalej przez Brandenburgię. Jedziemy cały czas ścieżkami rowerowymi, które ciągną się kilometrami wzdłuż szos. Czasami trasa prowadzi drogami o minimalnym natężeniu ruchu. Przeważa krajobraz rolniczy, pola kukurydzy mamy po horyzont. Czasami trochę lasu, wsie albo małe miasteczka.



Po kilku godzinach wjeżdżamy do Magdeburga, który późnym popołudniem robi wrażenie pustego miasta. Dla pewności sprawdzam w Wikipedii i... okazuje się, że mieszka tam ponad 200 tysięcy ludzi. Zatrzymujemy się w hotelu w centrum miasta. Oprócz nas śpi tam kilkunastu rowerzystów o czym przekonujemy się parkując nasze jednoślady w rowerowni. Magdeburg to częste miejsce noclegu na popularnej trasie Elberadweg. My jednak jedziemy w kierunku zachodnim i Łabę tylko przekraczamy.



Środę zaczynamy od wielkiego śniadania, potem sprawdzamy prognozę, szybkie pakowanie i jazda! Pogoda niestety nas nie rozpieszcza. Padający co chwila deszcz nieco przeszkadza, ale radość z jazdy jest cały czas. Szykujemy się na przekroczenie danej granicy NRD - RFN i po 2 godzinach jazdy docieramy do Helmstedt. Po dawnych zasiekach i pasach ziemi niczyjej nie ma już właściwie śladu. Został pomnik jedności Niemiec i różnica w zabudowie: od strony wschodniej pola i lasy, od zachodniej normalne miasteczko.



Za Helmsedt pogoda robi się coraz bardziej deszczowa i 30 kilometrów przed Hanowerem wpadamy w gigantyczną burzę. Najpierw próbujemy ją przeczekać na przystanku, ale po pół godzinie kiedy deszcz robi się odrobinę mniejszy ruszamy. No i wpadamy oczywiście w kolejną wielką ulewę. Po minucie jesteśmy kompletnie przemoczeni więc postanawiamy jechać do hotelu. Czekanie już nam nie pomoże, bo woda leje się z nieba jak z wodospadu. Po kolejnej godzinie docieramy do hotelu, gdzie rozpoczynamy wielkie suszenie. Najpierw wylewamy wodę w kolarskich butów. Nie wiedziałem, że w bucie może być tyle wody.



Przebrani w suche ubrania fundujemy sobie włoską kolację czyli makaron i pizzę. Niebo nad Hanowerem się rozchmurza a my spokojnie idziemy spać.

Niestety czwartek nie przynosi końca deszczu. Ruszamy w kierunku Osnabrueck z nadzieją, że może później trochę się rozpogodzi. Połykamy kolejne kilometry dolnosaksońskich dróg, walczymy z przechodzącymi ulewami i delektujemy się mijanymi krajobrazami. Pod wieczór docieramy do stylowego hoteliku w centrum Osnabrueck i kończymy dzień wielką kolacją.



W piątek ruszamy w kierunku granicy z Holandią. Koniec niemieckiego etapu skłania nas do podsumowań. A więc po pierwsze przez całe Niemcy można bezpiecznie przejechać fantastyczną siecią dróg rowerowych lub lokalnych. Po drodze jest co oglądać, chociaż nizinny krajobraz z polami kukurydzy bywa monotonny 🤪. Miasta zarówno duże jak i te malutkie też są doskonale przygotowane do jazdy na rowerze. Jedyny minus jaki poczuliśmy to wszechogarniający zapach obornika dochodzący z pól. Prawdopodobnie niemieccy bauerzy nawożą w ten sposób ziemię, ale intensywna woń gnojówki (smród mówiąc szczerze) towarzyszył podróży przez pola od granicy wschodniej z Polską aż po Holandię.



Niesieni taką mocno filozoficzną dyskusją docieramy do granicy z Holandią. I tu spotyka nas kolejny szok. Okazuje się, że ścieżki rowerowe mogą być jeszcze lepsze niż w Niemczech. Holendrzy doszli tu do prawdziwego mistrzostwa. Pasy dla rowerów mają inny kolor, specjalną nawierzchnię no i są genialnie poprowadzone. Często zupełnie niezależnie od sieci dróg samochodowych. Widziałem też znaki dla kierowców aut przypominające o pierwszeństwie dla rowerzystów!

I takimi właśnie ścieżkami dojeżdżamy do Deventer gdzie wielkimi burgerami z frytkami świętujemy udany dzień. Udany, chociaż deszczowa pogoda cały czas nas nie opuszcza.




W sobotę wstajemy jeszcze przed świtem i ruszamy w kierunku Amsterdamu. Spieszymy się bardziej niż zwykle, ponieważ Romek ma po południu autobus do Wrocławia, na który musi zdążyć.

Wyjeżdżamy więc na czczo z hotelu (tak rano nie ma jeszcze śniadania) i pedałujemy ostro na zachód. Po kilku kilometrach podziwiamy klasyczny holenderski krajobraz: jest zupełnie płasko, wiatraki, kanały i pola po horyzont. No i wszędzie te komfortowe drogi rowerowe 😃



Po 8 rano znajdujemy otwarty sklep gdzie robimy wielkie poranne zakupy i na ławce wsuwamy pyszne śniadanie. Romek kupił nawet na pobliskiej stacji benzynowej herbatę, wiec jest czym popić sklepowe bułki.



Do Amsterdamu tak pędziliśmy, że przyjechaliśmy kilka godzin przed odjazdem autobusu. Był więc czas na spokojną przejażdżkę po mieście i pożegnalną pizzę. Sama jazda po Amsterdamie jest bardzo wygodna a liczba rowerów szokuje. Są naprawdę wszędzie!



Po 18 odprowadzam Romka na autobus do Polski i wracam do hotelu.

Przejechaliśmy razem dokładnie 705 kilometrów z Berlina do Amsterdamu. To był świetny etap mojej wyprawy a Roman Szełemej okazał się doskonałym towarzyszem takiej długodystansowej wyprawy.

Teraz już sam ruszam na południe do Belgii.