top of page

Droga przez mękę do Phnom Penh

  • notojade
  • 7 lut 2019
  • 2 minut(y) czytania

To miał być szybki etap i łatwa  jazda. Tego dnia nie potrzebowałem nawet nawigacji. Plan był  prosty: wyjeżdżam z mojego hotelu na główną drogę nr 4 i po 150 kilometrach jestem w centrum stolicy Kambodży. 


ree

Rzeczywistość boleśnie zweryfikowała moje plany. Droga - jedna z głównych arterii komunikacyjnych Kambodży - jest wąska i nie ma twardego pobocza. Ruch jest ogromny, a kierowcy nie respektują żadnych znanych mi przepisów. Najgorzej jest kiedy wyprzedzają się auta, które jadą z naprzeciwka. Kierowca, który wyprzedza jedzie prosto na mnie i mijamy się dosłownie na centymetry. Po pierwszej takiej akcji myślałem, że  mam pecha i trafił się wariat. Niestety! Oni tutaj tak jeżdżą. Przez następne kilka godzin bawimy się w grę "uda się czy nie". Na szczęście się udało i jakieś 40 kilometrów przed stolicą droga się poszerza. To nie znaczy, że robi się komfortowo - po prostu wreszcie jest gdzie uciekać przed szalonymi kierowcami.


ree

Drugi mankament tego odcinka to ogromny kurz i smog. Pyłu jest tyle,  że jadę w buffie na twarzy, co zresztą niewiele pomaga. Rower jest cały w rdzawym pyle. 


ree

Po drodze tradycyjnie już robię postoje na śniadanie i kokosy. Tym razem rozpoczynam kulinarny dzień od wołowiny na ostro z ryżem  :)



Wjazd do Phnom Penh jest dosyć chaotyczny, ale wystarczy się trzymać głównej drogi i jesteśmy w centrum. 

Korki są spore, ale jeździ się o niebo łatwiej niż po Bangkoku. 



Do hotelu trafiam bez problemu i już szykuję się na dzień przerwy: w planie zwiedzanie stolicy. Przy okazji oddaję do pralni moje rowerowe ciuchy. Po tygodniu wyglądają tragicznie  ;)

Teraz spanie bo nazajutrz pozwiedzam sobie Phnom Penh.




Kolejny dzień w stu procentach bez roweru, po raz pierwszy od przyjazdu do Azji. Ponieważ mieszkam w samym centrum nad rzeką, pomiędzy Pałacem Królewskim i Muzeum Narodowym, zwiedzanie jest naprawdę komfortowe. Zanim wejdę do pałacu muszę tylko szybko skoczyć na bazar i za 3 dolary kupuję długie spodnie. W takich miejscach obowiązuje odpowiedni strój. Luźne szarawary w słonie są ok  ;)


ree


Kompleks pałacowy robi spore wrażenie i na pewno warto to zobaczyć podczas pobytu, tym bardziej, że  w cenie biletu (10$) mamy też wejście do Srebrnej Pagody Wat Preah Keo. 



Nie mogę sobie też darować zdobycia najwyższego szczytu w stolicy o wysokości 23 metrow :) Na górze jest świątynia Wat Phnom. To też miejsce, od którego podobno wzięła się nazwa miasta. 


ree

Wszystkie punkty zwiedzam na piechotę albo tuk tukiem. Po drodze oczywiście kolejne testowanie lokalnej kuchni i owoców. Jest tanio i smacznie :)


ree

Podczas pobytu w Phnom Penh nie sposób nie zetknąć się z bolesną przeszłością i śladami reżimu Czerwonych Kmerów. Odwiedzam Muzem Ludobójstwa Toul Sleng. Czerwoni Kmerzy urządzili to więzienie i centrum przesłuchań w budynku szkoły średniej, w samym centrum miasta. Robi na mnie naprawdę przygnębiające wrażenie. Sale szkolne zamienione na cele, narzędzia tortur, wstrząsające zdjęcia ofiar i relacje.



Będąc w Phnom Penh trzeba zobaczyć też takie miejsca, żeby zrozumieć z jakiego punktu startował ten kraj 40 lat temu, po upadku krwawego reżimu. 

To tyle na dzisiaj. Jeżeli tylko obsługa hotelu odnajdzie moje pranie, to jutro wczesnym rankiem wyruszam w kierunku Wietnamu. 


ree

Komentarze


NO
to

jadę 

o nas.jpg
No to jadę!

No to jadę! - niby takie proste, a tak trudno zbieramy się do drogi! Kiedy jednak już wsiądziemy na rower i rzeczywiście pojedziemy w siną dal dzieją się rzeczy fantastyczne.

 

Nazywam się Rafał Jurkowlaniec. W życiu przejechałem już wiele km na rowerze i co najważniejsze nie mam dość!

 

Read More

 

Chcesz być na bieżąco?
Subskrybuj!
  • White Facebook Icon
  • Youtube
  • Spotify

© 2023 by Going Places. Proudly created with Wix.com

bottom of page