Rowerem przez Tajlandię - odcinek 2
- notojade
- 1 lis
- 3 minut(y) czytania

Po pierwszym noclegu wchodzimy w normalny tryb wyprawowy. Pobudka, szybkie pakowanie i ruszamy w drogę. Zaczynamy etap do parku narodowego Khao Sok i jeziora Chiao Lan. Staramy się jechać bocznymi drogami, gdzie ruch jest minimalny, a kontakt z przyrodą naprawdę duży 😉
Po pełnej turystów wyspie Puket, odpoczywamy w zupełnie innej Tajlandii. Jest gorąco i parno, bardzo zielono i miejscami naprawdę dziko. A do tego niesamowici Tajowie, którzy zawsze są uśmiechnięci i gościnni.
No i to jedzenie: absolutnie doskonałe i do tego tanie jak barszcz. Nie wspomnę o owocach, które dopiero tutaj mają prawdziwy smak. Fajnie się jedzie przez kraj, gdzie wzdłuż drogi rosną banany i mango.

Spotkaliśmy dzisiaj Neesona z Australii, który zasuwa rowerem do Japonii. Dał nam kilka rad jak radzić sobie z tutejszymi psami. Chwilę później w przydrożnym barze dostaliśmy zaproszenie na poranną kawę. A na koniec dnia staliśmy się atrakcją lokalnego wyścigu kolarskiego. Wszyscy uczestnicy robili sobie z nami zdjęcia i było naprawdę miło.

Te dwa dni to ogromna porcja wrażeń, smaków, kolorów i dźwięków, która dobrze nastraja na kolejne tajskie przygody.

Kolejne trzy dni są jeszcze bardziej szalone. Najpierw z Parku Narodowego Khao Sok pojechaliśmy do portu Surat Thani. Po blisko stu kilometrach na rowerze wsiedliśmy na nocny prom, który po ponad 8 godzinach dotarł na malutką wysepkę Kho Tao.
Podróż takim promem to dopiero jest przygoda! Śpi się na pryczach w trzydziestosobowym pomieszczeniu. Ale, o dziwo, przespałem calutki rejs.
Kho Tao okazała się taka mała, że do naszego hotelu na drugim końcu wyspy było niecałe 5 kilometrów. Za to męczące podjazdy i karkołomne zjazdy miały 22-23 procent!
Sam Sylwester w malutkim hotelu dla płetwonurków to temat na osobną opowieść. Dość powiedzieć, że było kameralnie i szalenie zarazem.
No i ostatnia część tej trzydniowej wyspiarskiej przygody, to powrót szybkim katamaranem do Tajlandii kontynentalnej. Rejs z Kho Tao do Champhun trwa zaledwie dwie godziny bo ten speed boat pędzi naprawdę jak szalony. Tyle, że tym razem morze było bardzo wzburzone i połowa pasażerów miała ostre objawy choroby morskiej. No naprawdę dużo się tam działo.

Ale to już przeszłość. Dopłynęliśmy na kontynent i kolejne dni to podróż na północ. Teraz do samego centrum Bangkoku będziemy jechać tylko na rowerach.
Od portu w Champhun przez dwóch dni jedziemy wzdłuż wschodniego wybrzeża w kierunku Bangkoku i to jest chyba najbardziej wakacyjna część naszej wyprawy.
Droga wiedzie prawy cały czas nad morzem, które chwilami przypomina nasz Bałtyk, tylko trochę bardziej błękitny. Na dodatek - wzdłuż szosy biegnie komfortowa ścieżka rowerowa! Ruch samochodowy minimalny. Jeżeli coś nas mija, to ulubione pojazdy Tajów, czyli skutery.

Cała reszta bez zmian od początku wyprawy:
pogoda: w dzień 32, w nocy 26 stopni
jedzenie: doskonałe i tanie
ludzie: uśmiechnięci, pomocni, sympatyczni
noclegi: w pięknych miejscach i za małe pieniądze
a psy nie ganiają rowerzystów, tylko przyglądają się nam lekko zdziwione.
W rowerowych podróżach najciekawsze są chyba spotkania. Takie spontaniczne i zupełnie niespodziewane. I o tym chcę dziś napisać kilka słów.
***
Kiedy w sierpniu ubiegłego roku jechałem na rowerze z Polski do Turcji, gdzieś w Serbii, między Belgradem a Jagodiną spotkałem Benjiego, młodego Berlińczyka, który podróżował z Niemiec do Indonezji.
Kilka dni później dojechałem do Stambułu i wróciłem do domu, a Benji kontynuował swoją wyprawę. Kręcił kolejne kilometry przez Turcję, Iran, Arabię Saudyjską i Oman.
I wczoraj spotkaliśmy się znowu - tym razem w Tajlandii. Benji kieruje się na południe. Ma dojechać do Kuala Lumpur, skąd poleci do Indonezji.

I najfajniejsze jest to, że spotkaliśmy się teraz jak starzy znajomi, którzy nie mogą się nagadać po długim niewidzeniu. Tematów do rozmowy było mnóstwo, a Magda stwierdziła, że zachowujemy się jak dwaj kumple z podwórka, którzy już zastanawiają się kiedy nasz rowerowy szlak znów się przetnie.

Trasa z Phuket do Bangkoku już za nami. Zrobiliśmy 873 kilometry na rowerach plus dwie morskie przejażdżki: tam i z powrotem na wyspę Ko Thao.
Cóż można napisać w podsumowaniu takiego wyjazdu? Było po prostu fantastycznie.
Po pierwsze: fajnie się jedzie przez Tajlandię we dwójkę. Magda bez żadnego problemu pokonała całą trasę i udowodniła mi, że nie zawsze muszę jeździć na wyprawy solo.
Po drugie: Tajlandia nigdy nie zawodzi. Pogoda, ludzie, jedzenie, drogi, krajobrazy, ciepłe morze i owoce były na najwyższym poziomie.
No i wreszcie po trzecie: nasze rowery doskonale sprawdziły się w gorącym azjatyckim klimacie. Dziękujemy Pawłowi Ignaszewskiemu ze sklepu Specialized we Wrocławiu za perfekcyjne (jak zawsze) przygotowanie sprzętu.























































































Komentarze