• notojade

Weekend na wyspach czyli rower wodny

W nogach już prawie tysiąc kilometrów i to jest dobry czas na weekend. Dwa najbliższe dni spędzam na wyspach. Najpierw z malezyjskiej Langkawi płynę na tajską Ko Lipe. Jest dodatkowa atrakcja, ponieważ pokonam z rowerem morską granicę miedzy tymi krajami.

Sprawa okazuje się bardzo prosta. Kupujemy bilet, przechodzimy kontrolę bezpieczeństwa jak na lotnisku i pakujemy się na prom. Rower jest za duży na prześwietlenie jak inne walizki, więc kontrola jest na słowo honoru. Celnik tylko się uśmiecha, każe przeprowadzić rower z boku i po wszystkim.

Po dwóch godzinach na morzu dopływamy do Ko Lipe. Nie wysiadamy jednak od razu na ląd. Prom przycumowuje do pływającego pomostu skąd małymi tajskimi łodziami płyniemy do brzegu. Teraz pół godziny w kolejce na odprawę paszportową i jestem w Tajlandii.

Niestety Ko Lipe rozczarowuje. Wprawdzie morze jest cudownie ciepłe, a plaże piaszczyste, ale ilość ludzi przytłacza. Są dwa oblicza: od strony morza wygląda to pocztówkowo a od zaplecza - czyli jakieś 300 metrów wgłąb wyspy - brud, smród i bieda. No to wybieram bramkę nr 1 i 95 procent czasu spędzam w wodzie i na plaży. Widoki a także magiczny zachód i wschód słońca rekompensują wszystkie niedogodności.

Nazajutrz z samego rana przejeżdżam niecały kilometr z jednego krańca wyspy na drugi, żeby złapać prom na Ko Ngai. To ma być moja ostatnia wyspa przed lądowym 1000-kilometrowym odcinkiem do Bangkoku, więc mam nadzieję, że tym razem trafię lepiej.

I rzeczywiście Ko Ngai nie zawodzi oczekiwań, no może poza jednym. Gdy wysiadam w promu na molo, próbuję ustawić adres resortu gdzie mam nocleg, ale nawigacja nie chce przyjąć adresu. Po chwili okazuje się, że po prostu jestem na miejscu. Malutka wysepka nie ma dróg, jest kilka resortów i co najważniejsze, bardzo mało ludzi!

Szybko wprowadzam się do pokoju i biegnę do recepcji po maskę i rurkę do snorkelingu, ale pani recepcjonistka studzi mój zapał: uważaj bo jest sporo meduz. Jak poparzą to proszę przyjść, zdezynfekujemy to. Trochę mnie nastraszyła, ale tylko trochę.

W wodzie i na plaży jest nie więcej niż kilkanaście osób. Pytam jak ze snurkowaniem i meduzami: okazuje się, że wczoraj było sporo, ale dzisiaj na razie spokój. I w ten sposób dzień spędziłem próbując swoich sił na okolicznej rafie. Było całkiem fajnie, bez kontaktu z meduzami. Ale i tak wolę rower. Nie mogę się już doczekać poniedziałkowego poranka. O 9.30 mam prom do Pak Meng, skąd na rowerze ruszam do Bangkoku :)